czwartek, 18 października 2012

Błogosławieństwo


Błogosławieństwo
Wielu ludzi przechodzi jeszcze etap buntu... Nie ma w tym nic złego, tyle że jest mi szkoda ich zmarnowanej energii.
Obiecałam, że napiszę artykuł jak ja wyszłam z tego etapu choć nie wiem czy mi się uda zrobić to zrozumiale.
Zacznę może od tego, że zostaliśmy wzajemnie zaprogramowani ... stworzyliśmy sobie boga na nasz wzór i podobieństwo, a więc oddzielonego od nas. Do tego większość z nas nawet myśleć się boi, że jest potężna i ma moc stwórczą... I ten początek jest doskonałym momentem byśmy wzajemnie sobą manipulowali, zrzucając winę na "innych", nie ważne czy to na sąsiada, współmałżonka czy też na Reptirian i rządy tajne... tak, czy tak ego się cieszy, samolubstwo rośnie i miota nami jak wiatr jesiennym liściem.

Kluczem jest  ODPOWIEDZIALNOŚĆ.

W innych artykułach pisałam już jak trudno było mi się przyznać do wielu cech inwolucyjnych...

Miałam takie doświadczenie....




... Kilka lat temu gdziekolwiek się nie ruszyłam, tam była jakaś wiadomość, że ktoś zabił małe dziecko... to mnie bardzo poruszało, emocje mnie rozsadzały. Wpadłam na pomysł, by nie włączać radio, aby nie słyszeć tych wiadomości... nie pomogło. Wiadomości mnie nadal zalewały aż w końcu zamknęłam się w domu, wszystko powyłączałam i zaczęłam dosłownie wykłócać się z bogiem ... ze sobą ... z Jeszuą... nawet nie wiem z kim... bunt tak był wielki, że walczyłam z całym światem.

Moim argumentem było, że ja nigdy nie zabiłam dziecka, więc nie ma we mnie winy. Logiczne, prawda?

A jednak odpowiedź mnie powaliła... to, że nigdy tego nie zrobiłam nie oznacza, że nie jestem do tego zdolna... emocje ponownie zagotowały się. Na tym przykładzie pokazano mi, że też mam ręce i też mogę dzieckiem walnąć o cokolwiek... różnica tkwi jedynie w dokonanych wyborach. Emocje się nieco uspokoiły, zaczęłam słuchać.
Dowiedziałam się, że mam możliwości takie same jak mordercy dzieci i to właśnie świadczy o mojej równości z nimi...
Ha ha ha, moje ego nadal było zbuntowane. Jednak dalsza część tej nauki, wprawdzie dopiero po wprowadzeniu w życie, jednak mnie odmieniła.
Okazało się, że moje emocje są jakby informacją, gdzie jest potrzebna moja energia do wprowadzenia harmonii.
Na gorąco rozpoczęłam błogosławić wszystkich morderców dzieci, prosząc by biorąc dziecko na ręce zapewniali mu bezpieczeństwo... Nieco uspokoiłam się i przy następnych wiadomościach na ten temat kierowałam swoją energię na błogosławieństwo... Szczerze mówiąc nabierałam przekonania, że tak będzie w nieskończoność a jednak się myliłam.
To doświadczenie trwało kilka miesięcy, aż nabrałam nawyku i ... od lat nie słyszę już o mordach na dzieciach.... serio, nie twierdzę, że ich nie ma. Wiem, że w tym temacie swoją pracę wykonałam.

Jednak to doświadczenie, to był dopiero początek. Do dziś badam swoje emocje i zdarzenie, które je wywołuje traktuję podobnie.

Przestałam marnować swoją energię na pretensje. Owszem, zdarza się jeszcze, że trwa chwilę zanim się połapię ... nie jestem doskonała... jednak dość szybko się orientuję i wracam do błogosławieństwa, bo to działa.

Jak wiemy, Ziemia jest na końcówce wszystkich cykli i trzeba posprzątać plac zabaw.
Nieustannie zalewani jesteśmy wiadomościami o destrukcji...
Radium Solaris ... kosmiczna rasa z innej konstelacji, mówi tak:

" Nieharmonijne zachowania generujące przemoc, zamieszanie, lęki, niepokój, nieszczęścia, ból, urazy, podziały muszą zostać przetransmutowane w działaniach na rzecz dobra wszystkich współbraci, wszystkich stworzeń i innych form życia istniejących na planecie..."
Niech więc nie dziwi fakt, że nasze emocje mogą być poruszone... praca jest ogromna, a świadomych pracowników niewielu.

Kochani, życzę nam by wystarczyło nam odwagi i siły błogosławić każdą destrukcję i transmutować w Piękno i Harmonie dla naszego wspólnego dobra.


Hania

Cytat pochodzi z książki: Radium Solaris Most kosmicznego światła autora Ramaathis - Mam.

wtorek, 16 października 2012

Przyjaciele


Przyjaciele

Architekci z konstelacji Perseusza, przekazali, że wszelkie cierpienie jest lekarstwem na choroby Ducha.

Mój duch musiał być poważnie chory, bo większość doświadczeń ziemskich w moim długim życiu mogę przyrównać do zażywania chininy ... wydawało mi się chwilami, że nie dam rady. I właśnie w takich chwilach pojawiała się pomoc.

W tym artykule opiszę moich przyjaciół, którzy wiele lat pomagali mi przetrwać i zrozumieć najtrudniejsze momenty jakie sobie stworzyłam. Ponieważ doświadczenia ziemskie były nazbyt intymne, więc oszczędzę opisu tych doświadczeń a skupię się na pomocy jaką otrzymywałam.

Kiedy opuściły mnie Istoty o wyglądzie przypominającym motyle, czułam się bardzo osamotniona. W moim otoczeniu nie było kogoś, kto by pocieszył czy przytulił, ot tak z czystej bezinteresownej miłości... sami twardzi nauczyciele... ech myślałam, że już tylko poduszka będzie przyjmować moje łzy i narzekania....

Aż tu nagle, w środku dnia stanął przede mną jegomość nie z tego świata, choć całkiem realny, mogłam go dotknąć nie tylko zobaczyć. W zdumieniu przyglądałam mu się. Był mego wzrostu, dość "okrągły", miał głowę smoka i pulchne wszystkie kończyny. Jego skóra miała kolor omszałej zieleni, którą okrywał zabawny strój na wzór staromodny a na głowie miał czapkę z daszkiem. W sumie niesamowicie przyjacielski i taki uśmiechnięty każdą komórką.
Przytulił mnie swymi grubymi łapkami i powiedział, że jest moim dziadkiem i już nie może dłużej spokojnie patrzyć na moje życie, bo serce mu pęka. Zalała mnie fala ciepła, spokoju i takiej miłości, że  prawie tonęłam we łzach wzruszenia. Powiedział, że mam go wzywać za każdym razem, gdy tylko uznam to za potrzebne.

Pierwsza wizyta trwała tylko moment, jednak ten moment dał mi siłę do dalszego życia.
Z Dziadkiem widywałam się bardzo często. Z czasem, jak się przystosowałam energetycznie, zabierał mnie do siebie.
Pierwszy raz znalazłam się na Jego terenie, kiedy to przygniotło mnie ogromnie trudne doświadczenie ... wyglądało jakbym była sama jedyna na tym świecie pełnym zła... wtedy zabrał mnie w podróż.
Znalazłam się na pięknej łące porastającej zbocze góry. Sam widok zapierał dech w piersiach i to czyste krystalicznie powietrze... i zapachy, aromaty nie znane na Ziemi.
U boku Dziadka pojawiła się niesamowita Smoczyca. W odróżnieniu do ciemnozielonego Dziadka, cała była biała, bardziej smukła i taka pełna miłości, spokoju... przytuliła mnie i powiedziała, że jest partnerką dziadka i bardzo chce bym poczuła ponownie radość (zgubiłam tą radość i myślałam, że na zawsze).

Oboje mnie objęli i poprowadzili w dół zbocza, skręciliśmy za skałą i moim oczom ukazał się rozkoszny widok... na łące baraszkowało bardzo dużo małych smoczątek, lekko popchnęli mnie w ich kierunku i powiedzieli, bym dobrze bawiła się z rodzeństwem.
Dorosłe smoki obserwowały całą zabawę i nie ingerowały. Jak sięgam pamięcią, na Ziemi nigdy nie bawiłam się tak radośnie i zapamiętale... jednak przyszedł czas powrotu.
Nie bardzo chciałam powracać, jednak Dziadek powiedział, że tak trzeba i jeszcze, że mam zadanie nie zakończone, jednak nie powiedział jakie to zadanie. Natomiast poprosił bym po powrocie przywoływała radość, przykładowo na spacerach. Powiedział, że mam otwierać usta i wydawać dźwięk, aż rozpoznam w nim to doświadczenie, które właśnie opuszczałam.
Długo to trwało nim udało mi się poczuć ponownie to uczucie radości...

Innym razem Dziadek i Biała Smoczyca pokazali mi swoją jaskinię pełną wewnętrznego światła i przeogromnych kryształów w najróżniejszych kolorach. Często bywałam w tym domu moich przyjaciół. Jednak moja ostatnia wizyta wyciska nawet w tej chwili fontannę łez.

Mniej więcej sześć lat temu, w 2006 roku pojawił się Dziadek, był bardzo zamyślony i poprosił bym odwiedziła jego jaskinię. Na miejscu byliśmy prawie natychmiast. Długo mnie przytulał... nawet teraz gdy piszę te słowa wstrząsa mną płacz... wiedziałam, że coś wisi w powietrzu, jednak nie wiedziałam co, a Dziadek tym razem był bardzo milczący.

Po chwili poprosił bym zbliżyła się do kryształów. Przede mną ukazało się siedem kryształów wyrzeźbionych w niesamowicie piękne trony. Poprosił bym siadała na tronie na jego znak i w kolejności jaką mi wskaże.
Pierwszy  tron był z przezroczystego wyraźnie czerwonego, a jednak jasnego czerwonego kryształu.... siadłam... było to wygodne siedzisko i czułam się tak bezpiecznie. Po chwili Dziadek pokazał mi następny. tym razem koloru przezroczystej moreli tron... Kolejny miał kolor jak słońce... następny jak nieoszlifowany szafir... tak przesiadałam się jeszcze na niebieski... ciemno granatowy (indygo) i ostatni był tak eterycznie delikatny kolor... ni to biały, ni to jasno fiołkowy...

Gdy zeszłam z ostatniego tronu, Dziadek patrząc mi głęboko w oczy powiedział, że musi zniknąć na jakiś czas z mojego życia, bo ma bardzo pilne sprawy... nie mogę go na razie wzywać... on sam jak już będzie mógł przyjdzie do mnie...
Widząc moją rozpacz powiedział, że jestem teraz już przygotowana i mam robić to co jest właściwe... mam iść wśród ludzi i być im przyjacielem. Mam tulić płaczących, uśmiechać się do smutnych i robić to co moje serce powie.
Wiśta wio, łatwo powiedzieć... a ja bałam się ludzi tylko potrafiłam ten strach ukryć ... Dziadek jednak wiedział o tym i powiedział, że otrzymałam wszystko, co mi będzie potrzebne... jeśli uznam że potrzebuję więcej pomocy, mogę przyjść do tej jaskini sama i powtórzyć to doświadczenie...
 Miałam jeszcze miliony pytań i chyba liczyłam, że tak zatrzymam Dziadka.... jednak On rozmył się przed mymi oczami...

Pozwólcie, że na tym skończę, bo fala wzruszeń mnie zalewa a chcę edytować ten tekst jak obiecałam jednak przeszkadza mi morze łez, więc wybaczcie... jak będę gotowa napiszę więcej.

Tak jak obiecałam, płaczących przytulam, smutnych obdarzam uśmiechem... łączę własną radość i miłość z Twoją...
Hania









poniedziałek, 15 października 2012

Moment jak wieczność


Moment jak wieczność




Przyszedł czas, gdy mogę już mówić otwarcie, więc w tym artykule podzielę się kolejnym momentem z mego życia, który mimo upływu czasu pozostaje wciąż świeży i żywy we mnie.

Moi rodzice przeszli gehennę drugiej wojny światowej i po wyzwoleniu postanowili się oddzielić od kościoła ... nie tyle od tego czegoś większego, nie od tradycji rodzinnych... tylko od instytucji. Więc kiedy się urodziłam jako ich trzecie dziecko, postanowili, że jako jedyne z rodzeństwa nie będę ochrzczona... To miało dla mnie wiele implikacji, jednak ten artykuł jest nie o tym.

Tak więc nie miałam kontaktu z religią instytucjonalną, miałam też niewielu przyjaciół wśród rówieśników, bo dla nich byłam odszczepieńcem... takie były początki mojej drogi w dorosłe życie.


Od najmłodszych lat byłam mocno zżyta z przyrodą... godzinami spędzałam czas z ptakami, ślimakami i innymi braćmi mniejszymi.... zresztą to zostało mi do dziś.

Zdarzenie o którym jest ten artykuł miało miejsce około pół wieku temu. Uczęszczałam już do liceum... miałam nie więcej niż siedemnaście lat.

Pewnego dnia, szłam jak codziennie do szkoły. Mieszkam w małym i malowniczym miasteczku. Przechodziłam właśnie przez niewielką rzeczkę, obok starego i pięknego budynku, w którym do dziś znajduje się bank. Tak więc po prawej i lewej stronie miałam zieleń skweru, a na wprost właśnie ten budynek banku, natomiast w głębi, w tle był budynek mojej szkoły. Moje plecy ogrzewało wrześniowe słońce, a w sercu czułam dziwną tęsknotę choć nie wiedziałam za czym tak mocno tęsknię....
Jakiś impuls nakazał mi podnieść głowę i zobaczyłam ... To co zobaczyłam trudno jest oddać słowami nawet poety, więc wybaczcie mi, że ułomnie to opiszę.

Nad budynkiem banku unosił się złoty, błyszczący słonecznie pojazd podobny do tych z rycin o rydwanach. Wszystko było złote, łącznie z przepięknymi i ogromnymi rumakami.
W pojeździe była tylko jedna postać .... osoba bardzo wysoka. Miała ponad trzy metry wzrostu a może nawet więcej, biło z niej piękno, doskonałość i coś jakby dostojeństwo. A jednak ta postać była bardzo przystępna i mimo majestatu w dziwny sposób bardzo bliska. Serce młodej dziewczyny gwałtownie zabiło. Pomyślałam, że jest to mężczyzna, którego pokochałam... usłyszałam Jego piękny, dźwięczny głos : Chcesz przejechać się ze mną?

Natychmiast znalazłam się w tym rydwanie obok Niego. Powiedział mi ze śmiechem, że nie jest ani mężczyzną ani kobietą ... dopiero po latach dowiedziałam się, że taką postać mają istoty z innych wymiarów. 
W tym momencie byłam tak zachwycona i zafascynowana, że z wrażenia nawet nie pamiętałam imienia jakie mi wymienił... nie pamiętam gdzie byłam ani co robiłam a nawet jak długo trwało to doświadczenie.... Byłam SZCZĘŚCIEM...
W pewnym momencie pomyślałam, że pewnie już rozpoczęły się lekcje, jednak dla mnie to już nie miało żadnego znaczenia... Jednak Istota zatrzymała pojazd nad budynkiem mojej szkoły a ja posłusznie znalazłam się przed drzwiami wejściowymi. Było mi bardzo smutno i źle, że mam wracać do tego świata nieprzyjaznego. 
Usłyszałam tylko: tak trzeba. Gdy pojazd znikał usłyszałam jeszcze, że będzie przy mnie i kiedyś ponownie się spotkamy ... i ten jego kojący, perlisty śmiech wypełnił moje obolałe serce jak balsamem.

Do szkoły weszłam zdziwiona, że nikt nic nie widział, wszyscy spieszyli się do klas tak jakby się nic nie stało... a ja byłam odmieniona.
Pierwszą osobą jaką spotkałam była moja polonistka, która zauważyła że coś mi się przytrafiło... tak kobieta długo była mi nie tylko nauczycielem ale i również przyjacielem.
Opowiedziałam jej co mi się przytrafiło... wysłuchała w skupieniu i szacunku. Jednak poprosiła bym nikomu o tym nie opowiadała, bo ludzie jeszcze nie są gotowi usłyszeć.

W mojej głowie powstała myśl, że ta Istota, to pewnie to COŚ, bóg... chciałam koniecznie dowiedzieć się więcej. Moja polonistka, kochana kobieta, pomagała mi więcej niż tamte warunki pozwalały, poznać odległą starożytność... mitologię... a nawet kontynuację tych "mitów" w obecnym życiu. Za jej namową przeczytałam cały Stary Testament, wiele sutr i Wedy... szukałam tej ukochanej Istoty jednak nie znalazłam jej tam, gzie jej wówczas nie było...

Ziemskie doświadczenia toczyły się swoim rytmem, a moje poszukiwania swoim... Mijały lata, zmieniały się koleje mego losu.... aż teraz mogę dzielić się swymi wspomnieniami... 
Właśnie to jest jednym z wielu.

Pozdrawiam wszystkich czytających, życząc im również spotkania ze swoją Istotą.

 Hania


wtorek, 9 października 2012

I tak to jest









W tym artykule opowiem o pewnym przełomie, który ma wiele wspólnego z obecnym teraz.
Pod koniec ubiegłego wieku w mim życiu następowały gwałtowne zmiany i nawet wtedy mówiłam , że świat mój się wali... ha ha ha nawet nie wiedziałam, że to dopiero początek. Życie mnie przygniatało, więc zaczęłam szukać rozwiązań. Nie było to proste, bo wiedza na temat duchowości była jeszcze prawie niedostępna, jednak jakimiś kanałami koleżanka znalazła mistrza Rei Ki i zdecydowałam się na inicjacje.
Po pierwszym stopniu byłyśmy zachwycone nowymi możliwościami i bardzo często robiłyśmy sobie na wzajem zabiegi. Do mego życia wkroczyła magia.
Na początku pojawiły się przepiękne Istoty o skrzydłach jak u motyli, bajecznie kolorowe. Mnie prowadziły zielona i niebieska... Zaczęła się moja nauka, którą dzieliłam się z koleżanką. Świat, który mi pokazały był tak fantastycznie piękny, że z trudem wracałam do swojej rzeczywistości. Po prostu bajka nieco podobna do przedstawionej w filmie Awatar.
Tuż przed inicjacją drugiego stopnia, Ula robiła mi zabieg. Położyłam się wygodnie, zamknęłam oczy i od razu pojawiły się obie Istoty, roześmiane zachęciły mnie do podróży.
W miarę jak pędziliśmy z niebywałą prędkością znikały miejsce, w którym byłam... cała Ziemia zamieniła się w piękną błękitną kulę... mijaliśmy gwiazdy.... miałam wrażenie, że cała podróż odbywa się jak jazda windą. Po jakimś czasie z ciemni kosmosu wyłoniła się inna planeta. Nawet nie zdążyłam dokładnie jej się przyjrzeć bo nagle wylądowaliśmy przed dziwnym i ciekawym obiektem. Było to coś na wzór wielkiego budynku o kulistych kształtach i całkowicie zrobiony jakby z przezroczystego diamentu. Miałam wrażenie, że świeci i przekonanie, że jest przezroczysty choć z zewnątrz nie było widać co jest w środku.
                                         Krętą ścieżką Istoty poprowadziły mnie w stronę budynku. Bardzo wysokie drzwi same się otworzyły i weszliśmy do środka.


Było to dziwne i ogromne pomieszczenie całkowicie zalane światłem, choć nie zobaczyłam źródła tego światła. Na środku tej sali było coś na podobieństwo łóżka operacyjnego... trudno to opisać znanymi słowami. Moi opiekunowie poprosili, bym się położyła na tym łożu. Gdy już leżałam, zobaczyłam że u góry, pod sufitem jest coś na wzór oszklonej antresoli całkowicie wypełnionej różnej maści i kształtu Istotami. Czasem można zobaczyć coś takiego na ziemi, gdy studenci medycyny obserwują operację...trochę poczułam się nieswojo, zrodziła się wątpliwość jednak sprawy potoczyły się szybko.
Do sali wszedł dość niski i szczupły człowieczek o wyglądzie szalonego naukowca... był ubrany w marynarkę, koszulkę sportową i zwykle spodnie. Przykuły mą uwagę jego włosy dość jasne kręcone, z regularną łysiną na ciemieniu... często drapał się po tym miejscu. Dość szybko chodził wkoło stołu na którym leżałam a moi przewodnicy coś mu tłumaczyli. Rozmawiali bardzo śpiewnym językiem, którego nigdy nie słyszałam.
Po chwili usłyszałam, jak ten profesorek mówi: tak schrzanionego człowieka jeszcze nie miałem.
To mnie poruszyło, chciałam coś wyjaśnić... zaprotestować, jednak uciszył mnie wzrokiem.

Właściwie to mnie nie uciszył tylko spojrzał na sam środek kopuły, skąd zaczęła spływać... no właśnie, nie mam słów, więc opiszę jak to skojarzyłam. Było to pasmo jakby tęczy z dodatkowymi kolorami... razem naliczyłam tych kolorów trzynaście. Płynęły miękko, w regularnych odstępach  skręcając się jak sploty sznura.
Gdy obserwowałam to zjawisko, usłyszałam wyraz DNA (wtedy niewiele wiedziałam co to jest) i zrozumiałam, że teraz będę już kompletnym człowiekiem... następnie wszystko zniknęło i prawie natychmiast znalazłam się w moim ciele. Jeszcze moi eteryczni przyjaciele uściskali mnie, następnie oddali głęboki ukłon i nim zdążyłam się im ukłonić zniknęli...
Otwarłam oczy i ze zdumieniem stwierdziłam, że jest już ciemno... spytałam jak długo trwał zabieg. Byłam przekonana, że na maksa pół godziny... Okazało się, że minęło prawie pięć godzin !!!
Po tej podróży moi eteryczni przyjaciele już się nie pojawili... było mi smutno bez ich towarzystwa. Nawet namalowałam ich postacie w nadziei, że się pojawią... niestety te Istoty już się nie pojawiły.
Zrobiłam drugi stopień Rei Ki... następnie mój mistrz stwierdził, ze tylko po znakach dodatkowych mogę otrzymać pierwszy znak mistrzowski, poddałam się presji... i tu nastąpił zwrot na mojej drodze. Nastąpiła dłuższa przerwa, bo aż trzy letnia... ale to już temat na kolejny artykuł.


Pozdrawiam Świetliście i Radośnie
Hania

niedziela, 7 października 2012

Co z naszym autopilotem?


 Jest 7 października 2012 roku, numerologiczna 13. Fale kosmicznych energii prą na szczyt tej fali a ludzie masowo już to odczuwają. Co raz więcej ludzi interesuje się rozwojem osobistym i duchowym oraz co raz więcej fragmentarycznej wiedzy jest dostarczane jako propozycje, często "jedyne prawdziwe".
Wiele nazwisk duchowych nauczycieli z fragmentami ich wiedzy są na ustach wielu... Można to określić, że taka moda nastała. I to jest ok.
Jednak w masie widać pewien pęd... wiem więcej... znam więcej... mam więcej warsztatów... czyli według modelu: szybciej, więcej, lepiej... A to kochani paradygmat EGO.
W prawdziwym rozwoju nie ma znaczenia jak wiele przeczytałaś czy zapoznałaś się z jakąś wiedzą. Tu liczy się jak doświadczasz tej nowej wiedzy, jak głęboko wprowadzasz zmiany w swoim stanie bycia.
Nie jest to prawda objawiona, wszyscy niby o tym wiedzą. Jednak nie bardzo wiedzą jak dokonać tak głębokich zmian... Jak?????
Ano kłania się tu nawet pobieżna wiedza jak działa nasz fantastyczny komputer, czyli mózg.
A on działa tak, jakby miał zaprogramowanego autopilota.
Ogólnie wiemy, że w tym naszym narządzie przypominającym do złudzenia orzech włoski mieszczą się dwie zasadnicze nastawnie... czyli świadomość i podświadomość. Przypomnę pobieżnie czym zajmują się :


  • świadomość, to również ośrodek woli, kreacji, wyobraźni, rozróżnienia ... najogólniej mówiąc tu decydujemy: czego ja chcę... ma ona pamięć krótkoterminową i jak na razie jest to około 2 do 4% wykorzystywany przez nas;
  • podświadomość, to pole wszystkich możliwości, to pozostałe 96 do 98 % naszych możliwości. Ona jest, że tak nazwę wykonawcza. Czyli to ona organizuje wszystko by uzyskać to czego chce, w oparciu o wzorce w niej zawarte, w tym jest zasadnicza i nie zna poczucia humoru. Wszystko dzieje się w teraz, nie ma przy tym znaczenie czy tylko sobie wyobrażam jakąś sytuację, czy też doświadczam jej namacalnie. I najważniejsze - nie rozumie słowa "nie" i podobnie odrzuca nieprecyzyjne określenia typu "jutro". Ma też pamięć długoterminową, czyli pamięta również zdarzenia nie tylko z całości obecnego życia, pamięta wszystko z  wszystkich naszych żywotów.




Jak widać te dwie funkcje różnią się zasadniczo. Jednak właśnie w połączeniu tych dwóch funkcji leży odpowiedź na pytanie; Jak???
Niestety, wszyscy mamy choć jedno doświadczenie kiedy to szumnie podjęliśmy ambitną decyzję a po niedługim czasie nawet nie pamiętaliśmy o tym. Szczególnie widoczne jest to przy tak zwanych noworocznych zobowiązaniach, czy choćby przy odchudzaniu. Wynika to z prostego faktu. Świadomy mózg zawiaduje i daje nowe rozkazy, a kiedy to się dzieje, przeżywamy upajającą przygodę.
Tylko, że to jest nietrwałe, bo świadomy umysł możne sprawować kontrolę na wiele ekscytujących sposobów, jednak na krótką, bardzo krótką metę.
Ażeby swoje postanowienia, marzenia wprowadzić do realizacji, należy przekazać daną ideę do części podświadomej.
Jakoś w naszej kulturze utrwaliło się fałszywe przekonanie o potędze mózgu świadomego.

O ile mózg świadomy jest bardziej ograniczony niż sądzimy, o tyle podświadomy mózg jest o wiele potężniejszy, niż nam się zdaje.

Zobrazuję to może przykładem...
Jesteśmy w obcym kraju i nie znamy tego języka. Jesteśmy głodni i w okolicy jest tylko restauracja z doskonałą kuchnią i obsługa. Wchodzimy do środka... wybieramy potrawy...  soki żołądkowe już pracują. Jednak potrawy nie pojawiają się na stole. Trzeba złożyć zamówienie u kelnera i odczekać aż kuchnia wybraną potrawę przygotuje.
Wybranie potraw, to umysł świadomy... jednak do realizacji zamówienia potrzebujemy jakoś porozumieć się poprzez kelnera z kuchnią, to umysł podświadomy... no i odczekać moment do realizacji zamówienia.
To są niezbędne etapy. I podobnie jest ze wszystkimi naszymi "zamówieniami" w życiu.
Zasada ta jest prosta i chyba nawet nieźle znana. Jednak wciąż są ludzie, którzy nie osiągają, nie realizują swoich marzeń choć na prawdę szczerze chcą i wkładają niemało mozołu i... w rezultacie wciąż jakby odbijali się od ściany.

Ponownie jawi się pytanie JAK ?

Wygląda na to, że między zdecydowaną wolą świadomości, a polem wszystkich możliwości jest jakiś "próg", ja na swój użytek mówię o strażniku, który przesiewa moje wszystkie decyzję przez sito przekonań... tak, własnych lub przyjętych z zewnątrz a jednak przekonań.

Z jednej strony jest w tym sens, bo nie musimy wchodzić w sytuacje dla nas niebezpieczne. Nie mniej jednak jest to potężny opór, gdy chcemy wprowadzić w swoje życie coś całkiem nowego i nawet jeśli wiemy, że to jest bezpieczne... to i tak wygrywają nasze przekonania, bo tak właśnie działa podświadomość.
Cała sztuka polega na przeprogramowaniu naszego autopilota tak, by nasza podświadomość przyciągała do naszego życia wszystkie możliwości prowadzące nas do obranego celu.

W wielu sprawach w moim życiu już zdołałam wprowadzić upragnione zmiany i pławię się w efektach. Jednak w najważniejszej dla mnie sprawie jestem w trakcie doświadczania tej wiedzy, więc nie będę się zbytnio wymądrzać. Mam zasadę, że opisuję tylko to  czego sama doświadczyłam.

Ponieważ czas jest skąpy, postanowiłam zrobić wyjątek, jednak po wiedzę na pytanie JAK odsyłam do doskonałej pozycji książkowej:
Odpowiedź autorstwa Johan Saaraf i Murray Smith.
Wprawdzie myślą przewodnią jest budowanie firmy, jednak zasady są tak uniwersalne, że swoje życie też możesz potraktować jak firmę i uzyskiwać fantastyczne wyniki.

Z życzeniami BOGActwa zarówno materialnego
jak i duchowego.
 
Hania



sobota, 18 sierpnia 2012


Mój algorytm akceptacji



W tym artykule chcę podzielić się moimi doświadczeniami związanymi z AKCEPTACJĄ zarówno siebie samej, jak i wszystkiego innego. Można pomyśleć, że to nic nadzwyczajnego. Często słyszałam od ludzi, których uważałam za autorytet, że trzeba to zrobić a na moje pytanie: jak?, odpowiedzi były enigmatyczne typu: po prostu zrób to. Nie wiem jak wy byście zareagowali, bo we mnie narastała złość i bezsilność. Chęci i wolę miałam szczerą, jednak brakowało mi prostego algorytmu jak tego dokonać... proste "puszczanie" jakoś w moim przypadku nie działało.
Rozpoczęłam różne eksperymenty a ich skutki też były różne, więc nie będę tu nikogo zanudzać. Opiszę tylko jeden, który działa i jest prosty.
Wyszłam z założenia:

wszystko czego doświadczam jest odzwierciadleniem mojego wnętrza.

No i zaczęło się.
Widzę kogoś, kto ewidentnie kłamie, manipuluje ... i jeszcze wiele innych zachowań... i co we mnie też to wszystko jest ???? Przecież w moim życiu postępuję inaczej, to nie może być prawda ... i takie tam podobne wybielacze.
Oj, jak teraz przypominam sobie, to niezły mam ubaw ha ha ha. Zresztą nie myślcie, że tylko sama z sobą prowadziłam ten dramat. Nie, nie... nawet większość moich przyjaciół i znajomych popierała moje argumenty i tylko nieliczni proponowali głębsze rozeznanie problemu. Jednak to grzebanie się wewnętrzne czy inaczej mówiąc psychoanaliza, to dość trudny, bolesny i niewdzięczny proces.

W medytacjach pojawiały się przeszłe wcielenia związane z danym problemem i były to mało przyjemne wglądy a strach miał niesamowitą pożywkę.... nawet przy moim żelaznym charakterze po prostu wymiękałam. Jednak kierunek był właściwy, bo jak już przeżyłam konfrontację z jakimś aspektem, to i w życiu codziennym jego echo przemijało.

W końcu dostałam pomoc Mistrzów Światła. Prosta i skuteczna metoda, nie wymagająca wielu godzin medytowania i jednocześnie wyjątkowo skuteczna. Do dziś ją stosuję i oczyszczanie postępuje wręcz lawinowo, bez wcześniejszych tortur.

Cała moja uwaga skupiona jest non stop na odczuwaniu tego, co niesie mi życie. 

Gdy rozeznam z jakim zagadnieniem mam odczynienia, wówczas na moment skupiam się na swoim sercu. I dalej:
1.cały aspekt wraz z energią, emocjami, siłami i pamięcią jego zaistnienia przytulam do płomienia mego serca.
2. otaczam i wypełniam miłością całość aspektu i nie jest ważne jak  jak straszny czy jak wspaniały by był ten aspekt. Było... minęło ... czas pożegnać przeszłość.
3. wzywam duchową alchemię i transmutuję tą całość oraz przyłączam oczyszczone doświadczenie do mego esencjonalnego Ja ... duszy, ducha, wyższego ja... czy jakim słowem chcesz to nazwać.

I to już wszystko
Robię to dosłownie zawsze i wszędzie, nawet prowadząc samochód, bo nie wymaga niczego więcej jak głęboki, rytmiczny oddech oraz zwrócenie własnej uwagi. A efekty są olśniewające... dosłownie czuję, jak powraca równowaga, radość życia i prawdziwa wolność... a strach jest co raz mniejszy.

Piszę o tym nie po to by się wymądrzać, a po to by zachęcić do spróbowania tego sposobu. To może oszczędzić wiele niepotrzebnych zmagań i na prawdę wręcz męczących emocjonalnych wspomnień.

Daję Wam ten prezent w Miłości mego Serca i życzę radosnego, wręcz bezwysiłkowego oczyszczania za radą naszego starszego rodzeństwa Światła.
I tak to jest.

ESPAVO kochani.
Hania

poniedziałek, 13 sierpnia 2012


Obyś żył w ciekawych czasach


Seria: era wodnika



To chińskie przysłowie przez wieki było traktowane jako "przeklęcie" kogoś.
Teraz wszyscy ludzie Ziemi wraz z całym Uniwersum żyją w ciekawych czasach.

Na tym  blogu  jest wiele artykułów opisujących to specyficzne położenie współczesnego świata i pojedynczego człowieka, więc tu tylko zaznaczam, że właśnie mili państwo żyjemy w ciekawych czasach.

Już wiele lat przekazuję Rei Ki a do tego inicjuję nowe osoby i przekazuję im całą zgromadzoną we mnie wiedzę na temat pracy z energiami.

Większość ludzi z którymi mam do czynienia nie bardzo chce wiedzieć jak pracować z energiami... chcą jedynie cudu, dyplomu i ... braku odpowiedzialności ( w razie "w" winna energia lub inny ktoś). Nie żebym krytykowała, to jest fakt, tak wybrali a skoro sądzą, że dla nich to jest ok to ja jedynie zauważam taką tendencję.

Jednak właśnie dla tej licznej grupy życie przygotowało niesamowitą niespodziankę. Mniej więcej od listopada ubiegłego roku (ten artykuł powstał w marcu 2011 r.)  trafia do mnie co raz więcej ludzi z już otwartymi kanałami i to zjawisko się nasila.

Co to może znaczyć?
Nic więcej jak konieczność zdobywania i pogłębiania wiedzy.

Energia o której piszę jest tą, która tworzy cały widzialny świat, spaja wszystkie formy w określone myślą kształty. Może też przekształcać lub unicestwiać te formy, zgodnie z myślą silną i skoncentrowaną, czyli zabarwioną najsilniejszą emocją.

Do niedawna dostęp do tej energii był zablokowany i kanały przepływu były odblokowywane przez uprawnionego sansai. Ten proces nazwany inicjacją i był silnie powiązany z przekazywaniem wiedzy o odpowiedzialności za tworzone życie różnych form.

Teraz ludzie mają w sposób naturalny otwarte kanały, więc ich oddziaływanie energetyczne jest skoncentrowane... a wiedza o działaniu energetycznym prawie żadna.

Jest to sytuacja dość niebezpieczna... wyobraźmy sobie dwuletnie dziecko z odbezpieczonym granatem... nieszczęście gotowe, bo dziecko nie ma wiedzy saperskiej. W takiej sytuacji jest teraz na prawdę wielu ludzi, tylko miast odbezpieczonego granatu ma otwarte kanały energetyczne a wiedzę na ten temat żadną.
Do tego jesteśmy nieprecyzyjni w wypowiadaniu słów, wręcz przekonani o nieszkodliwości każdej możliwej wypowiedzi... nic bardziej mylnego. Wspomnę jeszcze o myślach, które nieustannie nadają sprzeczne informacje tworząc "radio w głowie".

Tak wyposażony współczesny człowiek nie bardzo wie co tak na prawdę myśli, do tego nieprecyzyjnie się wypowiada i wszystko podlewa najmocniejszymi emocjami jak złość i wiele innych .... a tymi instrumentami właśnie kieruje energię na przez siebie określony punkt. Przyznacie, że jest to niepoczytalne i niebezpieczne.

Jako Uniwersum jesteśmy już na ostatniej prostej ewolucyjnej piramidy, tuż przed przejściem w nowy i nieznany wymiar wszechświata. Jest nawet wielu "proroków" wieszczących katastroficzne wizje i ciągle szukających winnych w tak zwanych "oni".

Mili państwo, nie trzeba być prorokiem... wystarczy być ignorantem niechętnym do uczenia się i do wprowadzania zmian w swoim własnym wnętrzu, by stworzyć niebotyczny chaos. Stałe kierowanie uwagi na świat zewnętrzny i całkowite odcięcie się od swego wnętrza gwarantuje właśnie taki efekt chaosu.

To do czego chcę w tym artykule zachęcić, to właśnie wzięcie swego życia we własne ręce. Podjęcie trudu zdobywania nowej wiedzy a następnie sprawdzania jak przejawia się ona w naszym życiu. To jest już mądrość, nawet jeśli coś nam nie wychodzi lub coś pokręcimy, to jednak jest to już mądrość bo najwięcej uczymy się na swoich błędach.


Jest już wiele artykułów mego autorstwa na tematy związane z życiem i energią na tym blogu . Zachęcam do zapoznania się z ich treścią nie intelektualnie ale doświadczalnie.

A jak masz pytania... lub potrzebujesz pomocy... umów konsultację... chętnie służę pomocą.


Życie może być fantastyczną i radosną przygodą lub padołem zła... sami wybieramy czego chcemy doświadczyć i... nie ma zła. Jest tylko nasza postawa i wszechświat nam na nią odpowiada ... tylko tyle i aż tyle.

Niech radość i miłość będzie nad wszystkimi.